Psia zniewaga, krwi wymaga

Przedstawienie: Psia zniewaga
Reżyseria: Życie
Czas: psi spacer. popołudniowy.
Miejsce: chodnik. szeroki. rubieże miasta.

Aktorzy + sceneria:
– Młodzian, lat około 6, rozmarzony, zapatrzony w malowniczy pejzaż bezkresnego pola skąpanego w promieniach popołudniowego słońca, ciągnącego się wzdłuż chodnika

– Matka młodziana, lat około 40, włosy koloru blond platinium, ubrana schludnie, głosuje na PO, mieszkanie powyżej 80 metrów (prawdopodobnie) z tarasem, pchająca wózek z bliżej niezdefiniowanym młodszym rodzeństwem młodziana

– Suka – pies, bokser(ka), lat 5. Mocno zmęczona spacerem w sierpniowym upale. Poziom zmęczenia: 40 minuta spaceru. nogi miękkie. ciało delikatnie bujane na boki. Język na wysokości pazurów. smycz ciągnąca się po ziemi.

– Właściciel suki. – Przystojny. Bujna czupryna. Na brodzie. Wiecznie młody człowiek sukcesu. Stay hungry, stay foolish. Również zmęczony. Rozmyśla kolejny podbój świata biznesu i technologii. Zapomniał słuchawek.

Akcja…

Mariusz! Uważaj! – krzyknęła przestraszona matka do swego młodziana. 10 metrów dzieliło ich od siebie. Niby metrów zwykłych, nie świetlnych, ale jakby wieczność.

Młodzian wzdrygnął się nie wiedząc co go czeka w życiu. Lekko skrępowany skierował wzrok w przód i zobaczył ją… sukę. Pręgowaną. W brązach.

Gdy ta bez większego zainteresowania, skupiona na tym by utrzymać się na łapach mijała go wyprostował ciało i z wyraźnym uśmiechem zawołał odważnie w stronę matki swojej: Piesek!

To nie piesek! – krzyknęła pędząc jak korwiniści do pełnoletności przed wyborami.

Piesek? – zapytał wyraźnie zdziwiony reakcją rodzicielki młodzian.

Nie! To nie piesek! To obrzydliwe bydle! – rzuciła obrażona matka ciągnąc młodziana za rękę w stronę zachodzącego słońca odprowadzana wzrokiem zaskoczonego właściciela suki.

Od Autora:
Jakieś pomysły na ciętą ripostę?

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

A masz, ty suko!

Cząstkę karmy jedną w pysk i w nogi. Cząstkę w pysk. Biegiem, w nogi. W łapy w zasadzie. Wraca!  Stuk stuk stuk stuk.

Lekko przydługimi pazurami po prawie jakby panelach. Lekko podrapanych. Przykrytych pierzynką psiej sierści. Suczej w zasadzie. Pierzynka rozdmuchiwana jak morze czerwone na boki z każdą prędką rundą po psiej trasie. Pokój większy – salon prawie jakby – połączony za pomocą braku ściany, z kuchnią, gdzie miska leży startem trasy. Kanapa w pokoju mniejszym – kiedyś moja, teraz jej – metą trasy. Tor zaiste godny wszystkich Formuł.

Stuk stuk stuk stuk.

Druga, trzecia, kolejna i jeszcze jedna cząstka w pysku przeniesiona na metę. Przeniesiona i zjedzona. Zawsze jedna cząstka. Kursów multum. W tę i na zad. Psi zad. Suczy w zasadzie. Czasem jej wypadnie. Wróci. Kopnie nawet. Poda. Samej sobie. Do reprezentacji nadać by się mogła. Może nawet do Bayernu. 500 za transfer bym wziął.

Stuk stuk stuk stukotanie trwa już chwilę.

„Czy ona się nie za dobrze bawi?” pomyślał podnosząc oko z prawie pisanej rozprawki jej człowiek. Człowiek suki. Prosto z Polski. Widać po charakterze pytania. Bawi się? Sprawę założyć trzeba! Dedukcję przeprowadzić! Gdzie moja fajka? Gdzie mój wierny Jelenio-Prześladowca?

Dowód rzeczowy nr jeden: Karma! Trochę inna od podawanego w ekskluzywnej mieszkaniowej restauracji „Nagórkowski Blok” standardu. Standardu zabrakło. Wsypał karmę człowiek z innej paczki. Karmy z paczki innej. Człowiek z tej samej paczki. Lekko zapomnianej karmianej paczki. Nie oznakowanej. Zawartość paczki kolorowa bardziej. Inna kształtem również bardziej.

Dowód rzeczowy nr jeden+jeden: Ruch! Ogon w ruchu. Ciągłym. Falującym na boki. Z każdą rundą. Pies w ruchu! Skocznym bardziej niż zazwyczaj.

Wtem! Nagle! Pomysł! Żarówka nad głową błysnęła, pokój cały rozświetliła, aż sąsiedzi z okien oko ciekawskie wystawili.

Teza: pomyłkę popełnił człowiek suki. Karmy nie wsypał. Cukierki wsypał. Psie cukierki. Smaczki.

Do diaska! Dziś nie wigilijna północ. Nie pogadamy. Nie wytłumaczę, że nie tak to miało być. Zabierać też sensu nie ma. Połowa większa pseudo-karmy w drodze do żołądka lub co gorsza dalej nawet. Wina człowieka, nie suki. Suki radość.

Wyrok: Niech ma, suka jedna. Suka jedna, radość mnoga.

Opublikowano sucze historie | Otagowano , , | Skomentuj

Poznajcie Zbyszarda.

Imię po dziadkach. Obu. Rodzice zdecydować się nie mogli. Wiosen tyle, że już zaczął odejmować. Osiemnaście skończonych. To pewne. Nie raz zresztą skończone. Pewnie razy tyle ile nosił wilk.

W Boga nie wierzy. Kiedyś wierzył. Zanim modne to było. Dziś? Zbyt mejnstreamowe. Nurtem głównym trąci i te ich eventy nudne jakieś zdaniem jego. Bez pizzy i open majkrofonu.

Skończony zaocznie podstawowy kurs hipsterki klasycznej. Ma za długi szalik, rurki i iPhone 1ss. Raybanów i wąsów brak, bo magisterki nie skończył. Grupa się nie zebrała. Szkolił się też na baristę, ale wyleciał. Herbatę wolał. „Minutkę” najbardziej, bo zna się. Zwłaszcza lubi jej świeżo zbierane z podłogi torebki w kształcie nie udanych kwadratów.

Nocą jeździ taksą pożyczonym autem, ale ma za dobre serce, żeby brać od ludzi pieniądze. Czasem wyprowadza psy za jakieś szczeniądze. Dorabia jako portier, choć woli słowo „cieć” bo to mniej korporacyjna nomenklatura. W duszy wieczny startupowiec o globalnych ambicjach. Na networkingi chodzi, ale nikogo nie szuka. Plotki głoszą że był inwestorem w silikon walej.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Kim będziesz jak dorośniesz?

Wybór ciężki. Wow wow. Tyle opcji. Wow wow. Takie trudne.

<błysk_nagły_komiksowej_żarówki_energooszczędnej_marki_osram_nad_głową_autora>

To może zamiast wybierać skreślać można? Kim nie będziesz odpowiedzieć naj-sam-pierw? Ja np. prezydentem nie będę. Na pewno. Wiem, że coś tam mam. Wiek mam. Obywatelstwo mam. Zameldowanie także. Zaświadczenia o karalności nie mam. W sensie niekaralność mam. Czyli chyba też dobrze. Prezentem jednak nie będę. Czemu?

Po pierwsze primo: Moim szkieletom w szafie mojej wygodnie jest. Ruszać się nie zamierzają, a przy wyborach do tańca zaprosić je mógłby kto. Co wtedy? W co się ubrać? Odmówić czasem nie wypada. Zwłaszcza gdyby media prosiły. Mnie nawet nie musiały by prosić. Czasem Google-a poprosić można i starczy. Lub zmyślić. Z takim nowoczesnym tańcem mógłbym sobie nie poradzić. Tłumaczyć się nie lubię, a riposta złożona ze słowa, opisującego „oddalanie się prędko w bliżej nieokreślonym kierunku” nie była by poprawną zbyt. Politycznie poprawną by nie była ma się rozumieć. (Podpowiedź: chodzi o to słowo, które zaczyna się na „S”, a kończy na „pierdalaj”)

Po drugie primo: Co zauważyć już można – poprzeklinać mi się zdarzy. Lubię czasem. Siarczyście nawet. Przy ludziach również. Do muzeum lotnictwa i piękna Łazuki Bohdana przekleństw brakuje mi bardzo, ale staram się. Co byłoby, gdybym pokusom ulegał?

– Tak jakby dziennikarz np. zapytuje: „Czy propozycję zmian w przyszłorocznym budżecie zgłaszane przez opozycję będą poruszane na najbliższej radzie miasta?”

– Tak jakby prezydent np. odpowiaduje: „Szczerze mówiąc chujowe są. Zobaczymy.”

Tolerancyjny jestem. Względem religii różnych, preferencji wszelaki i innych dziwnych kategorii, które sobie zakładamy i o które się kłócimy. Bo czemu obwiniać mam kogoś, że woli chleb z szybką, a nie z serem? Nawet jak woli raz z szynką a kiedy indziej z serem to też jego sprawa. Tolerancja taka słabo postrzegana się wydaje w przeciwnym od lewego elektoracie.

Nawet, gdyby była plusem, dużym nawet, to ciężko by ludziom w nią było uwierzyć. Dowcip mam. Ciężki czasem. Czarny humor lubię. Ten np. o czarnych. Żydach. Czasem obu na raz. Kobiety. Dzieci. Inne. O wszystkim ogólnie.  Mało kto smalił by heheszki na konferencji prasowej z: „Uważam, że wszyscy powinni być równi wobec praw spadkowych…<żart_tu_się_zaczyna> zwłaszcza cyganie w przypadku długów.<tu_kończy_perkusyjnym_ba_dum_tss>”

Ni małżonki ni dzieci też nie posiadam. Sukę jedną tylko. Imienia jej używam rzadko, a gdyby mnie do lokalnej obiadowej telewizji zaprosili (na śniadaniową telewizję na pewno bym zaspał) i zapytywali o codzienne rytułały to chlapnąć bym mógł iż biorę swoją sukę na spacer, a później robię nam śniadanie. Jak to później wytłumaczyć, że o psa chodziło? Hugo wie.

Poza tym stara słowiańska legenda głosi, że rybka lubi pływać. Anonimowy być też nie lubię. Piwo nie tylko. Ukrywać bym się musiał, a słaby w tym jestem. Prezydent przybijający piąteczki z barmankami i  wspólnie ze świeżo zapoznanymi gośćmi przy dźwiękach muzyki – dziwnej nie rzadko – opróżniający z dużą systematyką kolejne kolorowe niezbyt wielkie kieliszki na blacie drewnianym obok siebie ustawione wypełnione ognista wodą. Wódka z prezydentem? Słowami jednego uciskanego przez chorobę filipińską prezydenta: „Ka ke to kak?”. Nie wypada chyba.

Więcej primo innych również się znajdzie! Czasem pokrzyczę. Bo głupich sporo. Wierzę… w relację. Nie zawsze nazywam je kolesiostwem. Wyjeżdżać lubię. Czasem. Czasem często. Czasem daleko. Czasem na długo. Do krzyża odwróconego mi bliżej niż do zwykłego. Piłkę nożną na orliku udawać wolę niż na telewizornię krzyczeć.

„Panie prezydencie, oglądał Pan mecz?” – „Średnio. Wolę curling.”

Poza tym takie rządzenie miastem to wydaje się być dużą ilością pracy, a ja nie mam czasu, bo muszę szybko zostać bogaty, żeby potem ciągle nic nie robić.

Opublikowano prawie jak o mnie | 5 komentarzy

KościółCampy – recenzja

Słyszałem ostatnio, że to dość popularny format i spora społeczność, więc postanowiłem to sprawdzić! Niestety mogę dać tylko jedną gwiazdkę.  Mało imołszyns, nic nie inspajering i zupełnie nie sexy.

Miejscówka mega spoko – taka trochę retro. Duży minus za katering: brak regionalnych browarków (tylko jakieś wino mieli) i żadnego ekspresu. Na wege-tarty też by się chętni znaleźli, a tu nic. Pizzy brak, tylko jakieś czipsy fit i to dawkowane. Trzeba było w kolejce stać, mam wrażenie, że w ogóle nie mieli online-owej rejestracji. Przekąski nie wziąłem, bo nie wiedzieli z jakiej mąki i czy na oleju czy na oliwie robione. WiFi też brak, a gniazdka głównie z przodu, więc jak chciałem podpiąć tablet to się dziwnie patrzyli. Kible tylko na zapleczu.

Prezki dość oklepane, zero nowych badań i raportów. Kilku stałych prelegentów na zmianę występujących zazwyczaj z jednym przydługim spiczem. Często odnosząc się do jakiegoś inwestora założyciela, ale nie znałem. Dbają o występujących – każdy miał do dyspozycji co najmniej jednego wolontariusza-asystenta.  Szacun za innowacyjna formę – bez slajdów występują, ale z drugiej strony żenua, bo czytają z zeszytu i nie chodzą po sali. Fajny czasem nawet śpiewny floł, widać, że mocno wypracowane teksty. Copyrighting pierwsza klasa. Kostiumy lekko dżender, więc też dość modnie.

Old schoolowa grupa docelowa, ale widać, że zajarana tematyką. Żadnych nejmtagów, więc człowiek nieśmiały, który pierwszy raz się pojawił  nie ponetłorkuje. Mi to oczywiście nie przeszkadzało – rozdałem większość wizytówek. Zebrałem niestety tylko kilka, bo większość nie miała. Bez wizytówek na iwent? Zero ogaru!

W agendzie bez startapów, nie było video, sołszal media, ani blogów – trochę korpo trąci. Open majkrofonu również brak, a jakby człowiek chciał story opowiedzieć lub zaprosić na własny iwent? Ogólnie niechętni dość na pivotowanie i zmiany w swoich modelach. Słabo reagują na krytykę.

Ponoć dużo iwentów w miesiącu robią, a nawet sponsora nie ogarnęli żadnego. Patronów medialnych praktycznie brak, ale frekwencja spoko, choć słyszałem, że kiedyś bywało więcej. Fajna identyfikacja – bardzo minimalistyczny dizajn.  Mogliby pomyśleć o streamingu w sieci.  Jakiś typ z mocno ekologiczną plecioną torebką latał i sobie crowdfunding urządzał, ale nie wiem o jakich udziałach była mowa, więc nie wszedłem.

Ciekawe doświadczenie, ale nie wiem czy znowu się pojawię. Chciałem zalajkować na fejsie, ale nie znalazł mi nic na hasło „świątynia”. Popracujecie nad promocją!

 

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

Perpetum wrażeń-tyle.

Fajnych ludzi możemy poznać z daleka.
Debili także dostrzegamy już z daleka. Niestety?
Co jeśli stoi jedna osoba, a widoków więcej niż jeden?
Czy z daleka zobaczyć można więc grupkę ludzi?
W jednej osobie grupka ludzi być może.
Nigdy wszystkich razem nie widać jednak. Pojedynczo zawsze.
Zależnie od tego co mózg pokaże.
Nasz mózg. Nauczony przez nas trochę.
Przez innych nauczony trochę bardziej.
Nam pokaże. Nasz mózg. Nie oczy.
Jak nie pomylić się w tej grupce?
Przypatrzeć się trzeba. Dla pewności.
Głupio będzie. Tobie. Jeśli się pomylisz.
Daj szansę. Sobie. Druga lub trzecią nawet.
Nie oceniaj po chwili. Przynajmniej na głos.
Dystans zachowaj. Ten w głowie. Nie ten fizyczny.
Uśmiechaj się tylko. Przytakuj jak potrzeba.
Bezpieczniej będzie. Dla ciebie. Na przyszłość bezpieczniej.
Dystans można zmieniać samemu.
Zdanie też może się zmienić.
Samo. Bez ciebie, a o Tobie.
To może być pierwsze wrażenie o Tobie.
Na podstawienie pierwszego wrażenia o kimś.
Pierwsze wrażenie jest passe i atelier też jest.

g1395665088566042979

Opublikowano polać mu | Skomentuj

Czemu tnę deskę? Bo tak.

Czemu to robisz? Pytanie niby otwarte, ale ilość sensownych odpowiedzi zamknięta.

Czemu to robisz? Bo tak. Tzn.? Bo mnie stać. Bo mogę. Bo chcę.

Bo mnie stać. Posiadam wszelkie niezbędne policzalne i względnie fizyczne zasoby pozwalające na zrealizowanie wymyślonego projektu.  Mam potrzebne narzędzia. Chcę przekroić deskę? Mam deskę. Mam piłę. Młotek też się czasem przyda. Jeśli ich nie mam? Mam wystarczającą ilość gotówki pozwalającą na skonstruowanie budżetu, który pokryje brak narzędzi. Kupię deskę. Kupię piłę. Młotek chyba mam.

Bo mogę. Posiadam wszelkie niezbędne niepoliczalne i niefizyczne zasoby pozwalające na zrealizowanie wymyślonego projektu. Mam potrzebne kompetencję i/lub doświadczenie. Chcę przeciąć deskę? Wiem jak się tnie deskę. Ciąłem już kiedyś deskę. Jeśli ich nie mam?  Mam czas w trakcie którego nauczę się jak wykorzystać narzędzia. Nauczę się ciąć deskę.

Bo chcę. Posiadam wystarczającą ilość motywacji do tego, aby osiągnąć wyznaczony cel. To najważniejszy składnik. W odpowiednich ilościach w relacji z innymi składnikami może działać jak wartość bezwzględna. Nie mam piły i kasy? Znajdę. Pożyczę. Na chwilę lub na wieczne nie oddanie. Nie mam czasu? Wstanę wcześniej lub nie pójdę spać. Przetnę tą cholerną deskę.

Potem drugą. Trzecią. Siódmą. Cięcie desek z sąsiadem. Cięcie desek z kuzynem z innego miasta. Oddzielny pokój do cięcia desek. Blog o cięciu desek. Lepsza połówka zastanawia się czy to dobra droga, ale Cię wspiera. Facebooka, YouTube, Pinterest, Instagram, Twitter i profil na Nasz-Tartak, choć nie wiesz czy ten ostatni ma sens. Zwalniasz się z pracy, żeby ciąć na pełen etat.

Widzisz to już? Okładka magazynu „Twój tartak”. Artykuły na głównej stronie portali e-tartak, tartak24h, tartak-online i tartakeo. Prelekcje na TartakCampach w całej Polsce. Wyjazdy na TartakCony do stanów. Nagroda złotej piły. Wszyscy dumni. Wow wow. Taki dobry. Wow. Tyle pracy włożył. Wow. Taki idol dla młodych adeptów sztuki cięcia desek.

Albo nie. Możesz za dnia pracować w korpo, a w weekendy i w nocy być skrytym pracownikiem własnego mini tartaku. Cięcie desek jako hobby. Też będzie fajnie. Tylko zacznij w końcu ciąć tą cholerną deskę jeśli sprawia Ci to radość.

Opublikowano bo tak | Otagowano , | 2 komentarze

Pośród ogrodu siedzi ta królewska para

Pośród ogrodu siedzi ta królewska para. Choć w sumie to nie do końca. Bo nie ogród, a kawiarnia. Nie królewska, a gimnazjalna. Zgadza się natomiast to, że „pośród”, że siedzi i prawie się zgadza, że para. Zaraz będą. Może. Chyba. Raczej. Ona by chciała. On może chyba raczej też.

Pogoda jak nóżka wróbelka – jedna bardziej niż druga. Dziś jest ta mniej. Siedzą więc. W kawiarni, bo nie mają gdzie. Pierwsza randka. Nazwy jednak tej nie używają. Straszna trochę. Dlatego kawiarnia, a nie kino. Po kinie nie można się wyprzeć.

Ona się spina. On „na buca”. Oparty o krzesło zapominając jakby, że to nie leżak. Ręce założone. Postawa obronna. Trochę w dupie ma, bo nie może się odsłonić. Emocjonalnie odsłonić.

Ona opowiada coś. On neguje. Ona wycofuje się. On ma przecież rację.

Czasem się nachylają. Jej ręka na ich małym stole, gdzie miejsca nie dużo gotowa jest by zostać złapaną przez jego rękę. On jednak nic. Pod stołem tylko męczy nogę… od stołu. Ze stresu męczy. Stół nóg ma jedną. Nieświadomy, że kolan jej blisko. Za kolano prawie, a za rękę nie chce.

Kawusie ze śmietanką dawno wypite. Na szybko. Lepiej pić niż mówić było na początku. Przy muzyce pustych naczyń, więc siedzą. Kolejnych nie wezmą. Kasy trochę szkoda. Mama dała tylko dwie dyszki. Na kino pewnie dała. Kino oczywiście z koleżanką.

On się ośmielił. Śmieją się troszkę, choć tematów w dalszym ciągle mało. Zerkają na mnie co chwil kilka. Coś chichrają. Ona zawsze bardziej. Gościem ich rozmów zostałem, a więc i randki gościem.

Muzyki włączyć „zapomniałem”. Słuchawek założyć nie zapomniałem.  Podsłuchuje. Lubię podsłuchiwać. Czasem to robię. Czujni bądźcie.

Po chwili milczenia, gdy w szklankach nie ostało się już zupełnie nic i nie wymiętolone na stole nie zostało również nic. Krótka wymiana zdań o przyszłości bliższej. Wychodzą. Ona przodem. Bo pozwolił. Bo wypada szarmanckim być.

Wróżbita Paweł twierdzi, że będzie druga randka. Zaproszenia na ślub raczej nie dostanę.

Pracować miałem. Mhm.

Opublikowano kawiarniane opowieści | Otagowano | Skomentuj

Przynieś suce liścia

Prezentowany żart obrazkowy – w Wielkim Księstwie Internetu zwany czasem memem (czyt. memem) – składa się z dwóch części tekstu i jednej części graficznej.

Źródłem dobrego humoru pojawiającego się u osób, które trafiły na ten interesujący okaz dowcipu prawdopodobnie jest kontrast zbudowany zestawieniem uroczego reprezentanta molosowatych niosącego w swym pysku żółty jesienny liść z wypowiedzią godną przedstawiciela Stowarzyszenia Neandertalczyków (nie mylić z żadną Partią Polityczną).

Efekt? Wszyscy smalą heheszki do monitora. Pan się śmieje i Pani się śmieje. Tylko czy z tego samego?

Panowie z pewnością bystrym nie uzbrojonym okiem zobaczą nawiązanie do rytuałów związanych z nadrabianiem straconych w chwilach słabości relacjach ze swoją partnerką (błaganiem o wybaczenie kolejnego owocu własnej głupoty) lub prób zachęcenia ładniejszej połówki do zerknięcia i wykorzystania posiadanego przez nich narzędzia prokreacji – wystawa połączona z konsumpcją nie rzadko odbywa się w miejscu wypełnionym bardziej niż lekko przygaszonym światłem przy dźwiękach niskiego afroamerykańskiego głosu. Po synapsach tych nie do końca bardziej rozgarniętych przedstawicieli gatunku sikających na stojąco może również przemknąć trudne słowo – materialistki! Choć będzie to jedynie reakcja obronna organizmu przed nadchodzącą w ich umyśle falą refleksji na temat posiadanych braków będących ewentualnym źródłem przeszłych/przyszłych rozstań powodowanych nieumiejętnością zaspokojenia elementarnych potrzeb, zrozumienia intencji i budowania trwałej wartości.

Panie natomiast dostrzegą (a przynajmniej tak im się wydaje) znajomy obraz  przedstawiający samca, który obrośnięty w swoje macho piórka rozgryzł (a przynajmniej tak mu się wydaje) największą zagadkę kosmosu będąc świecie przekonanym, że prezenty wszystko załatwią. Z delikatnie protekcjonalnym uśmiechem pokiwają głową nad ich zdaniem utraconym losem męskiej części ludzkości wynikającym z deficytu wyczucia, taktu i inteligencji emocjonalnej wśród swoich i nie tylko partnerów jednocześnie maskując w tym prawie radosnym grymasie twarzy własne skrzętnie skrywane ubytki i kompleksy.

Na koniec jedno-pytaniowy kłiz zamknięty z nagrodami znajdującymi się w pierwszej odpowiedzi.

Co autor miał na myśli?

  • Nic. Absolutnie kruca nic.
  • Bokserowate górą.
  • Nawet jesień lepsza od prawie zimy.

pobrane

Opublikowano bo tak | Otagowano , , | Skomentuj